|
Nikt nie wie od kiedy i w jakich okolicznościach jaskinię pod jednym ze
szczytów leżących pomiędzy Targanicami, a Brzezinką za swoje siedlisko
obrał beskidzki Skarbnik. I nikt by nie wiedział, że tam mieszka, gdyby
nie historia, która wydarzyła się na tym terenie przed wielu laty.
Nad rzeką Targaniczanką w okazałym młynie żyła bogata, skąpa wdowa
ze swoją bardzo pyszną, zarozumiałą i leniwą córką. Młynarzowa chuchała
i dmuchała na dziecinę, karmiła najprzedniejszym jadłem i napitkiem,
ubierała w najpiękniejsze spódnice, bluzki i serdaki, byle tylko ta
choć przez chwilę była zadowolona. Mimo wszelkich starań Zośka, bo tak
miała na imię, wiecznie na wszystko i wszystkich narzekała. Znudziło
się w końcu matce usługiwać córuni, ponieważ miała huk roboty z
mieleniem ziarna dlatego postanowiła wynająć do pomocy jakąś
dziewczynę. Chodziła po wsi, ugadywała to jedną to drugą kandydatkę,
ale wszystkie chętne do pracy znając charaktery domowniczek młyna nie
chciały za żadne skarby iść na taką służbę. Po wielu dniach bez
efektywnych zabiegów czynionych przez matkę do młyna przyszła ubogo
ubrana dziewczyna o imieniu Maria prosić o pracę.
Rodzice Marysi od wielu lat już nie żyli i dziewczyna po ich
śmierci chodziła z chaty do chaty i za łyżkę strawy, kubek mleka czy
snopek pod głowę na nocleg wykonywała różne prace gospodarskie.
Młynarzowa zacierała ręce z zadowolenia, gdyż dziewczyna za wyżywienie
i spanie zgodziła się przez cały dzień usługiwać Zośce.Dla sieroty
nastały dni ciężkiej i morderczej pracy, ponieważ leniwa i złośliwa jej
rówieśnica po otrzymaniu od matki niewolnicy rozbiesiła się zupełnie.
Do najdrobniejszych spraw typu rozwiązanie trzewika, zapięcie guzika,
zawiązanie kokardy wołała Marysię, a gdy ta zbyt wolno wykonywała
polecenie, otrzymywała kuksańca w bok lub inną karę cielesną. Nieraz
dziewczę przykucnęło na moment, by trochę odpocząć widząc to złośnica
rozlewała jakiś płyn, czy też rozsypywała cokolwiek i kazała jej
sprzątać. Jedynym wytchnieniem dla sieroty były wieczory i noce,
ponieważ leniwa Zośka o zmierzchu kładła się do łóżka i budziła kiedy
koguty piały na godzinę dziesiątą. Marysia wówczas jeżeli nie otrzymała
dodatko -wego zajęcia od gospodyni, siadała nad stawem zasilającym młyn
w wodę, rozplątywała gruby warkocz i przeglądając się w krystalicznie
czystym wodnym zwierciadle, czesała długie czarne włosy.
Zdarzyło się pewnego razu, iż skracając sobie drogę do domu nad
sadzawkę zaszedł młody drwal Adam. Zobaczył piękną pannę, spodobała mu
się od pierwszego wejrzenia, przysiadł i grzecznie zapytał o pozwolenie
na rozmowę. Dziewczynie również przypadł do gustu ten przystojny choć
nędznie ubrany chłopak. Zrazu rozmawiali o pogodzie i innych
dyrdymałach, ale gdy się już miało ku północy zaczęli wylewać wzajemnie
do samotnych serc wszelkie żale nagromadzone od wielu lat w czasie
trudnego życia. Ona z łzami w oczach opowiadała o ponie -wierce, drwal
mówił o nędznej chacie i marnej zapłacie za ciężką pracę przy wyrębie
lasu. Po tej pierwszej nocnej rozmowie postanowili w każdą sobotę i
niedzielę o zmierzchu spotykać się w tym samym miejscu.
Od tego czasu życie dla obojga było już łatwiejsze i nieco
radośniejsze, ponieważ istniał drugi człowiek, któremu mogli się
zwierzyć.
Mężnie znosili wszelkie trudy i upokorzenia, gdyż dwukrotne
wieczorne spotkania wymazywały całe zło, gorycz i wszelkie rany
z pozostałych dni tygodnia. Młynarzowa bardzo wścibska szybko
dostrzegła nocny obiekt spotkań posługaczki. Zawrzało z zazdrości
złośliwe matczyne serce. Postanowiła zabronić dziewczynie spotkań
z chłopakiem, lub przy nadarzającej się okazji, gdy będzie miała inną
osobę na jej miejsce, wyrzucić sierotę z młyna. Po groźbach wyrażonych
wrzaskami i krzakami, Marysia dla świętego spokoju obiecała gospodyni
zerwać kontakt z Adamem. Pewnej soboty młynarzowa z córką wyjechały na
dwudniowe wesele do sąsiedniej wioski. Dziewczyna tylko czekała na taką
okazję, pobiegła do ukochanego i wszystko dokładnie mu wyłożyła w
sprawie zakazu spotkań zarządzonego przez młynarzową. Adam zafrasował
się bardzo na cały ten ambaras wywołany przez złośliwą gospodynię, lecz
po długim namyśle powiedział:
- Marysiu od dawna zamierzałem wziąć cię za żonę, ale z braku pieniędzy
na wesele odkładam oficjalne oświadczyny, teraz nadszedł najwyższy czas
na zadanie tego pytania:
- Czy chcesz być moją do końca życia?
- Tak. Odpowiedziała dziewczyna i dodała.
- Słyszałam od jednego chłopca, iż pod górą po drugiej stronie rzeki
jest ukryta pieczara wypełniona złotem i drogocennymi kamieniami.
Raz w roku w przeddzień rozpoczęcia zapustów otwiera się ona
dla biednych ludzi. Pójdę – może trochę skarbów przyniosę i skończą się
nasze kłopoty. Adam jako mężczyzna nie wierzył w takie babskie bajanie,
ale dla świętego spokoju wyraził zgodę na ten wypad. W wigilię przed
pierwszym zapustnym dniem nim na północ kur zaczął piać, wymknęła się
cichutko z młyna, przeszła przez zamarzniętą rzekę i powoli z trudem
rozpoczęła wspinaczkę pod górę klucząc po zboczu, by móc łatwiej w
gęstwinie leśnej wypatrzyć wejście do jaskini. Przez kilka godzin
wędrowała po stoku i gdy już zaczęła robić sobie wyrzuty, że tak dała
się zwieść ludzkiemu gadaniu, nagle widzi wśród drzew u podnóża szczytu
jasne światło. Choć była bardzo zmęczona jeszcze raz z mozołem
wydrapała się do miejsca skąd wypływał jasny ciepły blask. I co widzi.
Do wnętrza góry prowadzi chodnik oświetlony światłem bijącym ze ścian i
stropu. Poszła więc tą drogą w dół i po krótkiej chwili znalazła się w
ogromnej pieczarze wypełnionej złotem i kamieniami szlachetnymi. Pod
jedną ze ścian na byle jakiej pryczy leżał starzec oblany potem, który
skinął na dziewczynę i powiedział:
- Panienko jestem chory i mam bardzo wielkie pragnienie, proszÄ™
przynieś mi kubek wody do napicia z tamtego źródła tryskającego pod
przeciwną ścianą. Marysia niewiele myśląc wzięła cebrzyk i szybko
pobiegła po wodę. Wróciła, postawiła pełne wiadro koło łóżka, napełniła
kubek i podała to skromne picie staruszkowi. Gdy ten ugasił pragnienie,
posadziła na pryczy, poprawiła poduszki pod głową, ponaciągała
prześcieradła byle dziadkowi było lepiej leżeć. Starzec podziękował za
pomoc i poprosił o kilka chwil pogawędki.
Choć bardzo była spóźniona i wiedziała o czekającej ją karze po
powrocie do domu, siadła przy chorym człowieku i wysłuchała jego
opowieści. Sędziwy mężczyzna objaśnił jej, iż jest skarbnikiem górskim
zamieszkującym grotę od niepamiętnych czasów. Drogocenne kamienie i
szlachetne kruszce wydobywa w Sudetach, Tatrach i Beskidach, przynosi
do jaskini wykuwa monety, a gdy kto z biednych o miłosiernym sercu jest
w wielkiej potrzebie, otwiera podziemne domostwo na jego niedolÄ™ i
ofiarowuje mu swoja pomoc.
Na prośbę Skarbnika Marysia opowiada o ciężkiej pracy, złej
młynarzowej i wszystkich nieszczęściach całego życia. Starzec zasępił
się zmarszczył czoło i rzekł:
- Jesteś bardzo dobrym dzieckiem, masz czyste serce, umiesz pomagać
potrzebującym, dlatego możesz wziąć złota i szlachetnych kamieni ile
uniesiesz.
- Ponadto zobowiązuję cię byś nie wracała już do chciwej gospodyni, lecz prosto masz iść do przyszłego męża.
Dziewczyna nabrała do zapaski kilka garści jednego i drugiego dobra,
zawiązała w tobołek i po grzecznym podziękowaniu Skarbnikowi za tak
wielki dar, wyszła z jaskini. Wielce zdumiał się Adam, gdy Marysia
weszła do izby i na stół wysypała zawartość zawiniątka. Nic już nie
stało na przeszkodzie do wyprawienia wesela. Po dwóch tygodniach wzięli
ślub i szczęście zagościło w ich domu.
Adam pracowity i obrotny za część skarbu wybudował nad rzeką
młyn i tartak. Przychylny ludziom tanio brał za usługi dlatego waliły
do niego tłumy potrzebujących, przez co miał pełne ręce roboty
przynoszÄ…cej sprawiedliwe zyski. TÄ™ rodzinnÄ… sielankÄ™ po paru
miesiącach przerwała zawistna młynarzowa. Wściekła na posługaczkę,
która bez opowiedzenia ją opuściła, zarazem zazdrosna o powodzenie i
przychylność losu młodej pary, wpadła kiedyś do ich domu zagrażając
posądzeniem Marysi o kradzież, jeżeli nie wyjawi skąd wzięli pieniądze
na wesele, młyn i tartak. Biedna dziewczyna będąc sama w mieszkaniu
wystraszyła się nie na żarty i wyznała babie wszystko jak na spowiedzi.
Ta po powrocie do domu tak, gadała, namawiała, podchlebiała Zośce, aż
ją w końcu namówiła, by piątego stycznia w noc przed rozpoczęciem
zapustów w góry po skarb do beskidzkiego dziada wyruszyła.
Gdy nadszedł wyznaczony dzień, ubrała córunie cieplutko, dała
jadła i napitku oraz duże wory na kosztowności. Leniwa dziewka z trudem
przeszła przez rzekę i niechętnie rozpoczęła wspinaczkę na szczyt.
Daleko nie zaszła, ponieważ nagle przed jej nogami otworzył się
oświetlony szeroki korytarz, którym weszła do wnętrza góry. Od razu
zauważyła kopce złota i szlachetnych kamieni, mimo błagalnych znaków
dawanych przez dziada leżącego w kącie, rzuciła się na całe to złoto i
zachłannie pakowała do worków. Zarzuciła mieszki na plecy i złamana w
pół pod ciężarem ledwo wyszła z jaskini. Pogięta i pokrzywiona we
wszystkie strony z wielkim trudem dotarła do domu. Młynarzowa wysypała
natychmiast zawartość worków na podłogę. I co widzi, zamiast złota leżą
dwie kupy zwyczajnych kamieni. Z wściekłości tak zaczęła lamentować i
wrzeszczeć wniebogłosy, iż zerwała mówiące struny tracąc głos,
natomiast leniwa córka powyginana od ciężaru jak siódmy paragraf do
końca życia została kaleką. Od tego dnia młyn przestał przynosić
dochody nie remontowany z braku funduszy w końcu zamienił się w ruinę i
obie kobiety musiały pójść po prośbie na wieś.
Tymczasem w domu Adama i Marii zakwiliły dzieci, które po wielu
latach miały swoje dzieci, wnuczki miały następne dzieci i całe to
pokolenie i ich sąsiedzi, szczyt z ukrytymi skarbami od tamtych czasów
nazywali Złotą Górką. I teraz gdy będziecie w Beskidzie Małym w
okolicach Złotej Górki wsłuchujcie się we wszystkie dźwięki płynące z
wnętrza, może dotrze do was odgłos przesypywania szlachetnych kamieni
czy stukot młota Skarbnika kującego złote monety dla biednych ludzi.
Opracował: mgr inż. Bogusław Michalak
|