|
W letni wieczór siedząc przy płonącej watrze w Beskidzie małym w
okolicy Targanic można od zaproszonych do ognia starców usłyszeć
przekazywaną z pokolenia na pokolenie taką legendę.
Przed stuleciami ziemię tę porastała nieprzebyta puszcza, którą
wiła się wśród górskich przełęczy wąska kamienista żywiecka droga z
Krakowa na Węgry. Ciągnęły tym traktem kupieckie karawany objuczone
drogimi materiami, złotem, srebrem, bursztynem i solą w jedną i w drugą
stronę, stanowiąc łakomy kąsek dla beskidzkich zbójców. W tych dawnych
czasach jeden z hersztów o przezwisku Bury ze swoją bandą szczególnie
wsławił się w rozbójniczym rzemiośle. Zasadzała się ta kompania na
Przełęczy Kocierskiej i każdego zdybanego, nawet najbiedniejszego
żebraka czy chudopachołka ograbiała z tego co posiadał, a na odchodne
kijami plecy młócili tak intensywnie, że ledwo co ofiara z życiem
uchodziła po takich przejściach. Bogatych kupców banda pozbawiwszy
doczesnego dobra, wśród śmiechów i drwin włóczyła końmi po kamienistym
gościńcu do chwili aż nieszczęśnicy wyzionęli ducha. Odważnych i
ukazujących wzgardę prześladowcą, żywcem przypalali ogniem by
cierpienie i ból wyrwało z ich gardła choć przez chwilę prośbę o łaskę.
Zrabowane skarby Bury ukrywał w jaskini znajdującej się pod
wierzchołkiem góry leżącej dwie mile na zachód od węgierskiego szlaku.
Pieczara o ogromnych rozmiarach swobodnie mieszcząca ponad dwieście
zaprzęgów końskich do połowy zapełniona już była wszelkimi
kosztownościami. Tu zbójcy w blasku świecącego się złota i drogocennych
kamieni urządzali dzikie hulanki i planowali kolejne łupieżcze wyprawy.
Po skargach wdów i sierot, które utraciły jedynych żywicieli
rodzin u najjaśniejszego wojewody krakowskiego na niecne poczynania
beskidzkich opryszków z wawelskiego grodu wysyłane były ekspedycje
karne na żywiecki gościniec w celu pojmania i słusznego ukarania
przestępców. Ekspedycje przychodziły w Beskid Mały i wracały na
kwaterunek z pustymi rękami, ponieważ czujki zbójeckie wystawione przed
Wadowicami w porę ostrzegały Burego i ten z całą gromadą zapadał
głęboko w ostępach lasu lub krył się do niedostępnej jaskini.
Pyszny, zuchwały i bezkarny łotrzyk postanowił ze swymi ludźmi napaść i
obrabować kalwaryjskie sanktuarium. W noc Świętego Jana wdarła się
pijana gromada do tego Bożego przybytku zabijając kilkunastu zakonników
broniących Pańskiego ołtarza. Szał zachłanności ogarnął rabusiów,
pakowali do worków pielgrzymie wota, haftowane ornaty i święte kielichy
mszalne, a Bury porwał złotą monstrancję co Ciało Pańskie w dni święte
nosiła. Gdy ranna zorza zaczęła rozświetlać ciemności nocy rozbójnicza
karawana uchodziła w stronę Targanickiej kryjówki. Łotrzyki w
znakomitych humorach podśpiewując i przepijając jeden do drugiego byli
dumni i zadowoleni ze swego niecnego postępku. Tylko konie leniwie
człapiąc z nogi na nogę okazywały dziwne zaniepokojenie. Przystawały,
obracały do tyłu głowy strzygąc przy tym nerwowo uszami i wydawało się,
iż nie chcą wracać do stajni w jaskini gdzie czekały na nie żłoby pełne
owsa. Brodaci jeźdźcy nie zwracali na to najmniejszej uwagi, oporne
zwierzęta kłuli do krwi ostrogami i zmuszali do dalszej jazdy.
Pierwsze krople rosy spadły już z drzew i kwiatów, gdy banda dotarła do
podziemnego skarbca. Rabusie ochoczo rozkulbaczyli i uwiązali do żłobów
zmęczone konie i bez żadnego szacunku dla świętych liturgicznych
przedmiotów wysypali je na kamienisty spąg jaskini. Bury swoje
złodziejskie trofeum ustawił na skalnej półce i w blasku płonącego
ogniska przeglądał się w okrągłym okienku z szybką znajdującym się w
środku monstrancji, podkręcając z zadowoleniem wąsa. Wówczas zaiskrzyła
się jasnym światłem lunula, promienie rozbłysku śmiertelnie poraziły
wszystkich zbójców, herszta w jednej chwili spaliły na kupę popiołu i
poprzecinały postronki uwięzionych koni, które przelęknione uciekając z
jaskini rozniosły kopytami prochy Burego na cztery strony świata. Gdy
ostatni koński zad zniknął za załomem wejścia, potężne skały łamiąc się
z hukiem zamknęły otwór pieczary grzebiąc na wieki zbójecką gromadę z
jej skarbami.
Jak powiadają starzy ludzie jaskinia raz w roku pod koniec nocy
Świętego Jana, gdy następuje pierwszy rozbłysk porannej zorzy, otwiera
swoje podwoje – wówczas człowiek o czystym sercu i wielkiej potrzebie
pomocy finansowej może na chwilę wejść zabrać trochę grosza czy innego
dobra i szybko uchodzić z przeklętego miejsca zanim pierwsza kropla
rosy spadająca na ziemię nie zamknie drogi powrotnej.
Od tamtych czasów wierch kryjący w swoim wnętrzu zbójeckie łupy
miejscowa ludność nazywa Złotą Górką, a każdy wędrowiec przebywający w
Beskidzie Małym może spróbować odnaleźć ukryte kosztowności – lecz
niech wie, iż wielu śmiałków tego dokonać chciało, ale żadnemu się to
nie udało, ich chciwe szczątki jaskinia kryje do dnia sądu, który
grzechy zachłanności zmyje.
Opracował: mgr inż. Bogusław Michalak
|